wlasnafirma

Własna firma – czyli jak to jest być swoim szefem!

Zanim założyłam swoją firmę myślałam, że własny biznes i bycie swoim szefem to świetne rozwiązanie. Po pierwsze – możesz mieć wolne wtedy, gdy tylko tego potrzebujesz, po drugie – możesz ustalać swoje godziny pracy, więc nie musisz robić tego, na co nie masz ochoty w danym momencie (albo w ogóle!), a konfliktowym klientom możesz powiedzieć pa, pa gdy tylko nadepną Ci na odcisk…

Teraz wiem, że nie miałam zielonego pojęcia na co się zdecydowałam i że to, czego nauczyłam się przez ponad dwa lata prowadzenia działalności powinnam wiedzieć w dniu jej zakładania. Chociaż może wtedy nie zdecydowałabym się by spróbować stworzyć swój własny biznes.

I mimo, że własna firma to zupełnie inne obowiązki niż praca na etacie, to chyba dopiero od niedawna czuję, że muszę więcej wymagać (szczególnie od samej siebie), a prowadzenie firmy to wiele wyrzeczeń i ciągła gonitwa za zleceniami. Bo niestety… (i tu ponarzekam, bo lubię!) comiesięczna danina na moją ulubioną instytucję sama się nie zapłaci. Czasem żałuję, że żyję w Polsce (a raczej, że tutaj muszę płacić podatki i inne przymusowe darowizny na często nic dla mnie nieznaczące instytucje. Bo na przykład – gdy w jednym miesiącu nie zarobisz prawie wcale, daniny są obowiązkowe bez względu na to, czy będzie cię w tym miesiącu stać na życie, czy nie. Nikogo nie interesuje czy masz za co kupić jedzenie, lub czy będziesz mieć gdzie mieszkać (bo przecież nie każdy może pomieszkiwać za pół darmo z rodzicami). Nie wspomnę o tym, że fajnie by było czasem pójść do kina, czy kupić sobie nowe buty (i nie mówię tu o setnej parze „bo były takie piękne”, ale by w zimie nie chodzić w trampkach).

Dla dobrego przykładu – obowiązkowe składki zdrowotne w Wielkiej Brytanii zależą od tego, czy zarabiasz (i ile). Dokładniej jeśli nie zarobisz – nie płacisz lub płacisz jakiś procent od swoich niskich zarobków, bo logiczne jest, że nie masz pieniędzy by płacić dużo. A u nas? Sami dobrze wiecie jak jest i coś czuję, że raczej nikt tego nie zmieni (a szkoda!).

Zakładając firmę uzyskałam pomoc w postaci bezzwrotnej dotacji unijnej (nie mylić z dotacjami, które można otrzymać z urzędów pracy). Dzięki temu otrzymałam spory zastrzyk finansowy na zakup potrzebnych mi sprzętów (choć teraz wiem, że zupełnie inaczej wydałabym te pieniądze, ale tak czy siak – było to dla mnie bardzo pomocne i cieszę się, że miałam taką możliwość). Przez pół roku nie musiałam martwić się o nic, bo poza dotacją otrzymywałam tzw. wsparcie pomostowe, czyli kwotę, którą co miesiąc otrzymywałam na konto by opłacić swoje faktury, np. za wynajem lokalu, telefon, internet czy media. I to był błąd, bo zamiast od razu rozkręcać biznes – przez pół roku mogłabym leżeć brzuchem do góry i nic nie robić. Mobilizacja do rozkręcania biznesu była więc marna ale jednak była, bo stworzyłam sobie miejsce pracy w swoim zawodzie, o czym zawsze marzyłam. UE chcąc pomóc młodym przedsiębiorcom przyzwyczajała ludzi do zakładania firm dla dotacji, utrzymywania ich przez rok i zamykania (a więc zarabiania na tym sporej sumy, bo dotacje wahały się w okolicach 40 tysięcy złotych na jedną firmę a by dotacja była bezzwrotna wystarczyło opłacać nasze ulubione daniny przynajmniej w wersji mini przez rok). Szybko podliczając i zaokrąglając wystarczyło więc wydać mniej niż 2,5 tysiąca złotych by w sumie zyskać ponad 40 tysięcy. Na 40 osób, które brały ze mną udział w projekcie na własny biznes – teraz firmę prowadzi łącznie ok. 10 osób (z czego kilka osób zmieniło zupełnie profil swojej działalności). Szkoda, bo to pokazuje, że naprawdę ciężko jest się utrzymać na rynku.

Ale mi się udało! Były wzloty i upadki, bo w między czasie pracowałam też na etacie (i daniny wtedy mniejsze niż nawet te najniższe, jakie płaciłam na początku, co oczywiście dopiero później okazało się problematyczne, gdy trzeba było iść na przymusowe L4). Wynajmowałam też lokal, gdzie prowadziłam swoje studio, teraz moim miejscem pracy jest niewielki pokój w domu rodziców, a z klientami umawiam się na kawę w ładnych kawiarniach. Tak czy siak – mam za sobą debiut bycia swoim szefem od dwóch i pół roku i chyba dopiero teraz wiem, że naprawdę to lubię. Szczególnie, że od czerwca zostałam rzucona na głęboką wodę, więc robię wszystko, by nie zmarnować tej szansy, jaką dostałam.

Marzy mi się stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa, jednak z prawie pustym kontem i brakiem zdolności kredytowej nie jest to takie łatwe. Ciągłe inwestowanie w sprzęt kiedyś się zwróci (albo i nie, ale póki co wierzę, że mi się uda). Trzymajcie kciuki!

 

podpis