IMG_6394 kopia

Grudniowe braki czasu

Grudzień jest takim miesiącem, że nawet gdy się bardzo chce to czasu wciąż mało i mało! Mnóstwo pracy, projektów no i … święta. A teraz kilka dni do nowego roku, a ja nawet nie pamiętam kiedy cały miesiąc przeleciał. O całym roku nie wspominając.

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy naprawdę żyją w trybie slow life. Bo ja zdecydowanie potrzebuję by doba miała przynajmniej 48 h.

Nie miałam nawet czasu by spokojnie wyleżeć choróbsko, moja angina na szczęście sama odpuściła i stwierdziła, że nie mam czasu nawet chorować. Nie wspomnę, że w grudniu nawet nie wyciągnęłam aparatu z torby! Za to polubiliśmy się z moim ploterem! Jak Wy to robicie, że znajdujecie czas na wszystko? DOBRA ORGANIZACJA CZASU PRACY POTRZEBNA OD ZARAZ!

Bo mi samo kupno organizera nic nie dało! Ba! Kupiłam samą okładkę, która jest piękna i w ogóle idealnie pasuje do pudełka na okulary przeciwsłoneczne bo ma delikatnie jaśniejszy odcień i leżąc obok robi się takie przyjemne pastelowe ombre. No ale po to sama okładka by sobie kalendarz samemu wydrukować. I tak już miesiąc okładka leży, a w środeczku pusto. Dziś postanowiłam dokończyć projektowanie stron by je wydrukować. Efekty możecie pobrać i wydrukować, bo skoro już zrobiłam ładne i proste, to chętnie się podzielę, a co! Taki poświąteczny prezencik i każdy miesiąc na osobnej stronie.

wydrukuj sobie

IMG_6391IMG_6389IMG_6388

Pliki przygotowane są do druku w formacie A5, czyli idealnie pasujące do większości okładek kalendarzowych, wystarczy zrobić sobie dziurki w odpowiednim miejscu. Dajcie znać jeśli skorzystacie jak i czy w ogóle się sprawdza, bo może kategoria wydrukuj sobie będzie co jakiś czas uaktualniania o coś, co jest fajne i przydatne (lub po prostu tylko ładnie wygląda). :)

 

podpis

wlasnafirma

Własna firma – czyli jak to jest być swoim szefem!

Zanim założyłam swoją firmę myślałam, że własny biznes i bycie swoim szefem to świetne rozwiązanie. Po pierwsze – możesz mieć wolne wtedy, gdy tylko tego potrzebujesz, po drugie – możesz ustalać swoje godziny pracy, więc nie musisz robić tego, na co nie masz ochoty w danym momencie (albo w ogóle!), a konfliktowym klientom możesz powiedzieć pa, pa gdy tylko nadepną Ci na odcisk…

Teraz wiem, że nie miałam zielonego pojęcia na co się zdecydowałam i że to, czego nauczyłam się przez ponad dwa lata prowadzenia działalności powinnam wiedzieć w dniu jej zakładania. Chociaż może wtedy nie zdecydowałabym się by spróbować stworzyć swój własny biznes.

I mimo, że własna firma to zupełnie inne obowiązki niż praca na etacie, to chyba dopiero od niedawna czuję, że muszę więcej wymagać (szczególnie od samej siebie), a prowadzenie firmy to wiele wyrzeczeń i ciągła gonitwa za zleceniami. Bo niestety… (i tu ponarzekam, bo lubię!) comiesięczna danina na moją ulubioną instytucję sama się nie zapłaci. Czasem żałuję, że żyję w Polsce (a raczej, że tutaj muszę płacić podatki i inne przymusowe darowizny na często nic dla mnie nieznaczące instytucje. Bo na przykład – gdy w jednym miesiącu nie zarobisz prawie wcale, daniny są obowiązkowe bez względu na to, czy będzie cię w tym miesiącu stać na życie, czy nie. Nikogo nie interesuje czy masz za co kupić jedzenie, lub czy będziesz mieć gdzie mieszkać (bo przecież nie każdy może pomieszkiwać za pół darmo z rodzicami). Nie wspomnę o tym, że fajnie by było czasem pójść do kina, czy kupić sobie nowe buty (i nie mówię tu o setnej parze „bo były takie piękne”, ale by w zimie nie chodzić w trampkach).

Dla dobrego przykładu – obowiązkowe składki zdrowotne w Wielkiej Brytanii zależą od tego, czy zarabiasz (i ile). Dokładniej jeśli nie zarobisz – nie płacisz lub płacisz jakiś procent od swoich niskich zarobków, bo logiczne jest, że nie masz pieniędzy by płacić dużo. A u nas? Sami dobrze wiecie jak jest i coś czuję, że raczej nikt tego nie zmieni (a szkoda!).

Zakładając firmę uzyskałam pomoc w postaci bezzwrotnej dotacji unijnej (nie mylić z dotacjami, które można otrzymać z urzędów pracy). Dzięki temu otrzymałam spory zastrzyk finansowy na zakup potrzebnych mi sprzętów (choć teraz wiem, że zupełnie inaczej wydałabym te pieniądze, ale tak czy siak – było to dla mnie bardzo pomocne i cieszę się, że miałam taką możliwość). Przez pół roku nie musiałam martwić się o nic, bo poza dotacją otrzymywałam tzw. wsparcie pomostowe, czyli kwotę, którą co miesiąc otrzymywałam na konto by opłacić swoje faktury, np. za wynajem lokalu, telefon, internet czy media. I to był błąd, bo zamiast od razu rozkręcać biznes – przez pół roku mogłabym leżeć brzuchem do góry i nic nie robić. Mobilizacja do rozkręcania biznesu była więc marna ale jednak była, bo stworzyłam sobie miejsce pracy w swoim zawodzie, o czym zawsze marzyłam. UE chcąc pomóc młodym przedsiębiorcom przyzwyczajała ludzi do zakładania firm dla dotacji, utrzymywania ich przez rok i zamykania (a więc zarabiania na tym sporej sumy, bo dotacje wahały się w okolicach 40 tysięcy złotych na jedną firmę a by dotacja była bezzwrotna wystarczyło opłacać nasze ulubione daniny przynajmniej w wersji mini przez rok). Szybko podliczając i zaokrąglając wystarczyło więc wydać mniej niż 2,5 tysiąca złotych by w sumie zyskać ponad 40 tysięcy. Na 40 osób, które brały ze mną udział w projekcie na własny biznes – teraz firmę prowadzi łącznie ok. 10 osób (z czego kilka osób zmieniło zupełnie profil swojej działalności). Szkoda, bo to pokazuje, że naprawdę ciężko jest się utrzymać na rynku.

Ale mi się udało! Były wzloty i upadki, bo w między czasie pracowałam też na etacie (i daniny wtedy mniejsze niż nawet te najniższe, jakie płaciłam na początku, co oczywiście dopiero później okazało się problematyczne, gdy trzeba było iść na przymusowe L4). Wynajmowałam też lokal, gdzie prowadziłam swoje studio, teraz moim miejscem pracy jest niewielki pokój w domu rodziców, a z klientami umawiam się na kawę w ładnych kawiarniach. Tak czy siak – mam za sobą debiut bycia swoim szefem od dwóch i pół roku i chyba dopiero teraz wiem, że naprawdę to lubię. Szczególnie, że od czerwca zostałam rzucona na głęboką wodę, więc robię wszystko, by nie zmarnować tej szansy, jaką dostałam.

Marzy mi się stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa, jednak z prawie pustym kontem i brakiem zdolności kredytowej nie jest to takie łatwe. Ciągłe inwestowanie w sprzęt kiedyś się zwróci (albo i nie, ale póki co wierzę, że mi się uda). Trzymajcie kciuki!

 

podpis

Drukowanie

Wylewanie żali mych na blogu!

Ostatnio nastała moda na bycie fajnym.

Trzeba chodzić w ładne miejsca, pokazywać się w ładnych ubraniach, tylko z ładnymi ludźmi.
Trzeba pić kawę ze Starbacksa za 30 złotych (która nota bene wcale nie jest dobra gdy się nie pija kawy jak ja!), używać Snapchata i pokazywać, że jest się szczęśliwym. Nawet, jeśli się nie jest a nasze życie staje się po prostu zaprogramowane na byciem kimś ciekawym.
Liczą się lajki na Facebooku i followersi na Instagramie, albo kij wie co jeszcze, bo nigdy nie nadążam tak bardzo za tą modą i długo nie wiedziałam (i w sumie dalej nie wiem) jaki jest ten fenomen pokazywania wszystkiego na Snapchacie, co tak naprawdę mało kogo interesuje.
No bo nie wierzę, że nieostre, ciemne i mało wyraźne zdjęcia gdy pijesz jakieś drogie piwo nad Wisłą jest czymś ciekawym dla świata. Albo przynajmniej dla mnie.
Oczywiście zdarzają się wyjątki – bo nie ukrywam, że lubię przeglądać ładne zdjęcia i w tym pomocne są moje ulubione #hashtagi. Ale te mniej ciekawe, a wręcz nienadające się do publikacji zdjęcia omijam szerokim łukiem.

Era blogowania o niczym konkretnym, modowe inspiracje i stylizacje wrzucane na siłę, by tylko czerpać korzyści na blogowaniu (rozumowanie w stylu: a nóż widelec jakaś mniej lub bardziej znana firma wyślę jakiś ciuszek za darmo) wyrastają jak grzyby po deszczu. Więc pewnie nasuwa się Wam pytanie, po co moje misiowelove? Ano, na przekór tej teorii! Bo można być sobą, czuć się szczęśliwym i wcale nie wydawać na to milionów, których się nie ma!  Na przekór sobie – by móc pisać o czym chcę, kiedy chcę i jak chcę. By nauczyć się kreatywnego podejścia do życia, spełnić w końcu jakąś pozycję z mojej małej listy marzeń, która jest ukryta w zakamarkach mojego ulubionego folderu na pulpicie o nazwie „ulpit” (dla wyjaśnienia: jestem bałaganiarą, więc folder „pulpit” był już zajęty!). By mieć miejsce, w którym będę tylko ja i moje ulubione rzeczy zebrane w jednym miejscu. No i najważniejsze… bo zawsze chciałam być blogerem, ale nigdy nie wiedziałam jak się za to zabrać.

Dlaczego misiowelove? Ano z dwóch powodów.

Pierwszy – bo lubię miodek (szczególnie tenz malinami, mniaaam!).

Drugi – bo kocham pewnego misia od paru dobrych lat i chciałam by on też był trochę moją inspiracją tutaj.

Ale ja zawsze zaczynam od końca. Pożalić się miałam później, że nie rozumiem i nie umiem być fajna w social mediach. A na początku miałam się przedstawić.

A więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od „A więc…” ale lubię!) jestem Kasia i będę tu czasem marudzić. A jeśli chcecie mnie trochę poznać, zerknijcie na stronę o mnie lub napiszcie coś na mejla – będzie mi bardzo miło!

podpis